Przez lata słyszał dokładnie to samo.
Jego drużyny grają zbyt pragmatycznie. Nie zachwycają. Nie tworzą futbolu, który później można oglądać w kompilacjach na YouTubie. Tak było w Australii i podobne głosy pojawiały się również wtedy, gdy obejmował reprezentację Iraku.
Dzisiaj nikt w Bagdadzie nie ma jednak ochoty rozmawiać o stylu.
Po raz pierwszy od 1986 roku Irak zagra na mistrzostwach świata, a człowiekiem, który dokonał tego historycznego wyczynu, jest właśnie Graham Arnold.
Australijczyk objął drużynę w bardzo trudnym momencie. Irak był po rozczarowujących wynikach, a sam Arnold przyznał, że wielu znajomych pytało go, dlaczego zdecydował się podjąć pracę, którą jeden z jego przyjaciół nazwał wręcz „najtrudniejszym stanowiskiem w światowym futbolu”.

On sam odpowiedział krótko.
– Kocham wyzwania.
Był jednak jeszcze jeden powód. Arnold od dawna nie rozumiał, dlaczego Irak nie potrafił wrócić na mundial. Pamiętał przecież drużynę, która wyeliminowała Australię podczas igrzysk olimpijskich w Atenach w 2004 roku. Pamiętał także reprezentację, która kilka lat później pokonała Socceroos w Pucharze Azji.
– Oni zawsze mieli jakość. Zawsze mieli piłkarzy. Pytanie brzmiało: dlaczego nie potrafią się zakwalifikować? – wspominał.
Po przyjeździe do Iraku bardzo szybko zrozumiał, że aby osiągnąć sukces, musi najpierw zrozumieć ludzi.
Dlatego przez osiem miesięcy mieszkał w Bagdadzie.
Nie zamknął się w hotelu. Nie próbował prowadzić kadry zdalnie. Chciał poznać kulturę, mentalność i codzienne życie swoich zawodników.
– Jeśli nie poznasz ludzi, nigdy nie wydobędziesz z nich maksimum – tłumaczył.
To właśnie wtedy narodziła się filozofia, która później odmieniła reprezentację.
W stworzeniu tej wyjątkowej atmosfery ogromną rolę odegrał również jego asystent Ali Abbas. To postać doskonale znana zarówno w Iraku, jak i Australii. Abbas był członkiem reprezentacji, która w 2007 roku sięgnęła po historyczny Puchar Azji, a później przez dwanaście lat występował na australijskich boiskach (w tym również pod batutą trenera Arnolda w FC Sydney). Arnold nie ukrywa, że z czasem ich relacja przerodziła się w prawdziwą przyjaźń. Trudno było o lepszego człowieka do sztabu – Abbas stał się naturalnym pomostem między obiema kulturami, tłumacząc nie tylko język, ale przede wszystkim mentalność, zwyczaje i sposób myślenia irackich piłkarzy. W reprezentacji, która miała połączyć australijską organizację z iracką pasją, jego obecność okazała się jednym z kluczowych elementów całej układanki.
Arnold nie budował zespołu wokół taktycznych prezentacji i skomplikowanych analiz. Najpierw stworzył rodzinę.
– Ja jestem waszym ojcem. Wy jesteście moimi synami. Sztab to wasi wujkowie. Wszyscy jesteśmy jedną rodziną – powiedział zawodnikom po objęciu drużyny.
Brzmi banalnie?
Dla Irakijczyków okazało się przełomowe.
Według Arnolda są oni jedną z najłatwiejszych drużyn świata do motywowania.
Nie dlatego, że są łatwowierni.
Dlatego, że doskonale wiedzą, czym jest poświęcenie.
– Oni przeżyli wojny. Doświadczyli najgorszych stron życia. Wystarczy powiedzieć: zróbcie to dla swojej rodziny, dla swoich bliskich, dla swojego kraju. I są gotowi zostawić serce na boisku – opowiadał.
Najlepiej było to widać podczas baraży.
Droga Iraku do mundialu bardziej przypominała scenariusz filmu wojennego niż przygotowania reprezentacji narodowej.
W czerwcu konflikt pomiędzy Izraelem i Iranem doprowadził do zamknięcia przestrzeni powietrznej nad Irakiem. Arnold utknął w Dubaju. Przez dziesięć dni słyszał eksplozje, otrzymywał alarmy bezpieczeństwa i obserwował rozwijający się konflikt zbrojny.
Tymczasem reprezentacja miała przygotowywać się do najważniejszego meczu od czterech dekad.
Pierwotnie drużyna miała polecieć do Meksyku specjalnym samolotem zapewnionym przez premiera Iraku. Plan rozsypał się w jednej chwili.
Zawodnicy musieli autobusem pokonać drogę do Jordanii. Podróż trwała niemal dobę. Następnie utknęli w Ammanie po tym, jak w pobliżu hotelu spadły pociski rakietowe. Dopiero później, dzięki pomocy FIFA, polecieli przez Lizbonę do Monterrey.
Dla wielu reprezentacji byłby to koniec marzeń.
Arnold uznał, że właśnie wtedy musi najmocniej zadbać o mentalność drużyny.
Po przyjeździe zawodników do Meksyku o drugiej nad ranem osobiście czekał na nich w hotelu.
Następnego dnia zakazał korzystania z mediów społecznościowych.
– Jeśli będziecie przez całą dobę śledzić wiadomości z Iraku, nie wygramy. Możemy od razu wracać do domu. Musicie zaufać swoim rodzinom i skupić się na jednym celu – tłumaczył.
Efekt?
Irak nie awansował na mundial dlatego, że był najbardziej widowiskową drużyną Azji. Awansował dlatego, że w decydujących momentach jego piłkarze bronili z pasją i determinacją, którą Arnold określił mianem „ferocious defending”.
– Jestem najbardziej dumny z tego, jak broniliśmy. To było „ferocious defending!” (specjalnie zachowałem, oryginalną wypowiedź ponieważ ciężko oddać tłumaczenie, coś więcej niż agresywny, zażarta, wściekła, dzika)
Piłkarze rzucali się pod każdą piłkę i walczyli za siebie nawzajem – mówił Arnold.
To zdanie właściwie najlepiej opisuje całą jego karierę.
Graham Arnold nigdy nie należał do trenerów, których drużyny trafiają do internetowych kompilacji jako wzór widowiskowego futbolu. Przez lata zarzucano mu pragmatyzm, jednak Australijczyk konsekwentnie odpowiadał na tę krytykę wynikami. To właśnie pod jego wodzą Australia po raz drugi w swojej historii awansowała do fazy pucharowej mistrzostw świata, powtarzając wyczyn drużyny Guusa Hiddinka z 2006 roku. Teraz dokonał czegoś, czego nie udało się żadnemu z jego poprzedników w Iraku – po czterdziestu latach oczekiwania ponownie wprowadził Lwy Mezopotamii na mundial. W czasach, gdy wielu szkoleniowców zdobywa uznanie dzięki atrakcyjnemu stylowi gry, Arnold po raz kolejny pokazał, że najważniejszą walutą w futbolu pozostaje skuteczność.
Kiedy inni zachwycają stylem i często kończą eliminacje przed telewizorem, Arnold po prostu wykonuje swoją pracę.
Dzisiaj jest pierwszym trenerem w historii Australii, który wprowadził na mundial dwie różne reprezentacje narodowe.
A w Iraku stał się kimś więcej niż selekcjonerem.
Stał się człowiekiem, który po czterdziestu latach przywrócił narodowi jedno z jego największych sportowych marzeń.
Autor tekstu:
Adam Błoński
Wyświetleń: 1