Irak przeszedł jedną z najdłuższych dróg eliminacyjnych w historii futbolu reprezentacyjnego. „Lwy Mezopotamii” rozegrały aż 21 spotkań na przestrzeni 868 dni – więcej niż jakakolwiek reprezentacja w eliminacjach mundialu 2026. (Jedyną drużyną, która w nowożytnej historii mundialowych kwalifikacji rozegrała więcej meczów, pozostaje Australia przed MŚ 2018 – 22 spotkania).
Ponad 12,5 tysiąca kilometrów podróży i cztery dekady oczekiwania. Dla reprezentacji Iraku te liczby oznaczają znacznie więcej niż statystykę – oznaczają drogę powrotną na mistrzostwa świata.
„Lwy Mezopotamii” po 40 latach ponownie zagrają na mundialu. Droga do turnieju w 2026 roku była jednak czymś więcej niż tylko sportową rywalizacją. To historia kraju, którego futbol od dziesięcioleci rozwijał się w cieniu konfliktów, kryzysów i nieustannych przeciwności losu.
Iracka piłka przeżywała swoje pierwsze sukcesy jeszcze w latach 60. i 70., zdobywając regionalne trofea oraz budując pozycję na Bliskim Wschodzie. Prawdziwy przełom nastąpił jednak w latach 80., choć był to jednocześnie okres wyjątkowo trudny dla kraju. Wojna z Iranem odcisnęła ogromne piętno na całym społeczeństwie, a futbol stał się jednym z niewielu elementów zdolnych jednoczyć naród.
27 września 1985 roku Irak znajdował się o krok od katastrofy. W eliminacjach mundialu 1986 mierzył się ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi. Po zwycięstwie 3:2 w pierwszym meczu Irakijczycy przegrywali w rewanżu 0:2 i wydawali się być blisko odpadnięcia.
W końcówce spotkania na boisku pojawił się praktycznie nieznany szerzej Karim Saddam. W 88. minucie wykorzystał błąd defensywy rywali i zdobył jedną z najważniejszych bramek w historii irackiego futbolu. Gol na 1:2 sprawił, że dwumecz zakończył się wynikiem 4:4, a dzięki zasadzie bramek wyjazdowych Irak awansował dalej.
Później reprezentacja pokonała Syrię i po raz pierwszy w historii wywalczyła awans na mistrzostwa świata. Mundial w Meksyku zakończył się fazą grupową, ale Irak zapisał w historii swój jedyny jak dotąd gol na mundialach – jego autorem został legendarny Ahmed Radhi.
Lata 90. były dla Iraku okresem niezwykle trudnym. Kraj zmagał się ze skutkami kolejnych konfliktów zbrojnych, a reprezentacja narodowa często nie mogła nawet rozgrywać spotkań przed własną publicznością.
Mimo tego Irak dotarł do decydującej rundy eliminacji mistrzostw świata 1994. Ostatecznie sam nie awansował, ale zapisał jeden z najbardziej pamiętnych momentów azjatyckiego futbolu.
28 października 1993 roku Japonia prowadziła z Irakiem 2:1 i była o kilka minut od pierwszego w historii awansu na mundial. W kraju kwitnącej wiśni zaczął się ogromny boom na football po tym jak zostali wybrani gospodarzem mundialu 2002. W ich lidze grały wówczas największe gwiazdy światowej piłki – Pixy Stojković, Zico, Gary Lineker, Jorginho, Leonardo i wielu innych. Na papierze, Irak potrzebowałby strzelić jeszcze z 6 bramek aby mieć matematyczne szanse na awans. Koreańczycy z Południa nie wierzyli w awans swoje reprezentacji mając świadomość, że dla Iraku to mecz gdzie mogą spokojnie już odpuścić. Po swoim meczu, który odbywał się w tym samym czasie Koreańczycy schodzili załamani, a stadion płakał z nimi. Sekundę później te same osoby świętowały awans na mundial. Cud! co się stało?
Irakijczycy nie odpuścili Japonii.
W doliczonym czasie gry Jafar Omran zdobył wyrównującą bramkę. Japonia straciła miejsce na mundialu, a awansowała Korea Południowa.
W Japonii wydarzenie do dziś określane jest mianem „Agonii z Dohy”, podczas gdy w Korei Południowej funkcjonuje określenie „Cud z Dohy”. Dla Iraku był to kolejny dowód, że nawet w najtrudniejszych warunkach potrafi walczyć do końca.
Jeżeli „Cud z Dohy” pokazał charakter irackiej reprezentacji, to igrzyska olimpijskie w Atenach jedenaście lat później udowodniły światu, że futbol w tym kraju potrafi przetrwać nawet najtrudniejsze okoliczności.
Irak przyjeżdżał do Grecji jako drużyna praktycznie anonimowa dla europejskiego kibica. W kraju trwał jeden z najbardziej dramatycznych okresów współczesnej historii. Rok wcześniej rozpoczęła się amerykańska inwazja, która doprowadziła do upadku reżimu Saddama Husajna, ale nie przyniosła stabilizacji. Wręcz przeciwnie – Irak pogrążał się w chaosie. Zamachy, walki uliczne i nieustanna niepewność stały się codziennością zwykłych ludzi. Wielu piłkarzy przebywających na zgrupowaniach żyło ze świadomością, że ich rodziny pozostają tysiące kilometrów dalej, w miejscu, gdzie każdy kolejny dzień przynosił nowe tragedie.
Piłka nożna ponownie stała się dla Irakijczyków czymś więcej niż sportem. Dawała możliwość choć na chwilę oderwać się od rzeczywistości. Była jednym z nielicznych elementów zdolnych połączyć podzielony kraj.
Mało kto spodziewał się, że właśnie w takich okolicznościach Irak napisze jedną z najbardziej niedocenianych historii olimpijskiego futbolu.
Turniej rozpoczął się od meczu z Portugalią. Europejska potęga przyjechała do Aten z drużyną pełną talentów, a jednym z jej liderów był 19-letni Cristiano Ronaldo – wschodząca gwiazda światowej piłki, która chwilę wcześniej przeniosła się do Manchesteru United.
Na papierze wszystko wydawało się oczywiste.
Na boisku – już nie.
Irakijczycy zagrali bez kompleksów. Agresywnie, odważnie i z ogromną intensywnością. Portugalczycy przez długie fragmenty spotkania nie potrafili odpowiedzieć na tempo narzucone przez rywali. Irak wygrał 4:2, a świat po raz pierwszy od wielu lat zaczął mówić o piłce nożnej z Bagdadu nie w kontekście wojny czy polityki, lecz czysto sportowego sukcesu.
To jednak nie był koniec.
Irak pokonał później Kostarykę, wyeliminował Australię i awansował aż do półfinału olimpijskiego turnieju piłkarskiego. Ostatecznie zakończył rywalizację na czwartym miejscu po porażce z Włochami w meczu o brązowy medal, ale dla milionów Irakijczyków ten zespół już wcześniej stał się symbolem.
Po raz kolejny futbol zrobił coś, czego przez lata nie potrafiła zrobić polityka.
Dał ludziom poczucie wspólnoty. Dał nadzieję.
A przede wszystkim przypomniał światu coś, co miało wracać przy reprezentacji Iraku przez kolejne dekady.
Ten moment pokazał coś wyjątkowego w tej reprezentacji. Nieważne, gdzie gra Irak. Nieważne, co dzieje się w kraju. Nieważne, co pokazuje tabela i sytuacja na boisku. Nieważne o ile półek silniejszy jest rywal.
Irak nigdy się nie poddaje.
Największy sukces w historii irackiej piłki przyszedł w 2007 roku.
Kraj znajdował się wtedy w jednym z najtrudniejszych momentów współczesnej historii. Problemy organizacyjne były ogromne – zawodnicy mieli trudności z wizami, federacja funkcjonowała w ograniczonych warunkach, a przygotowania do Pucharu Azji dalekie były od ideału.
Na dwa dni przed rozpoczęciem turnieju tragedia dotknęła sztab reprezentacji. Fizjoterapeuta kadry zginął w zamachu bombowym podczas wizyty w Bagdadzie. Atmosfera wokół zespołu była fatalna. Pomocnik Salahir przyznawał później, że drużyna nie oczekiwała od turnieju niczego więcej poza samym udziałem.
Irak rozpoczął jednak marsz, który przeszedł do historii. Po wyjściu z grupy pokonał Wietnam, następnie wyeliminował Koreę Południową po rzutach karnych i po raz pierwszy awansował do finału Pucharu Azji.
Świętowanie sukcesu zostało jednak brutalnie przerwane. W Bagdadzie doszło do zamachu podczas ulicznych celebracji. Zginęło ponad 30 osób. Wielu zawodników nie chciało nawet wychodzić na finałowe spotkanie.
Wtedy głos zabrała matka jednego z tragicznie zmarłych kibiców. Publicznie oświadczyła, że nie pochowa syna, dopóki reprezentacja nie wróci do kraju z trofeum.
Irak wyszedł na finał przeciwko Arabii Saudyjskiej i dokonał rzeczy niezwykłej. Jedyny gol Younisa Mahmooda zapewnił reprezentacji pierwszy w historii triumf w Pucharze Azji. Futbol po raz kolejny zjednoczył kraj podzielony wojną i polityką.

Droga na mundial 2026 również nie była łatwa.
Irak rozegrał aż 21 spotkań eliminacyjnych – więcej niż jakakolwiek inna reprezentacja tej kampanii. 868 dni walki, ponad 12,5 tysiąca kilometrów podróży i kolejne przeszkody, które mogły złamać nawet najmocniejsze zespoły. Zamknięte przestrzenie powietrzne, odwołane loty i problemy wizowe sprawiły, że przygotowania do kluczowego barażu momentami przypominały logistyczny koszmar.
Pojawiały się nawet pomysły wielogodzinnej podróży samochodem przez kolejne państwa tylko po to, by złapać międzynarodowy lot. Ostatecznie reprezentacja przedostawała się przez Jordanię, później przez Europę, by finalnie dotrzeć do Meksyku.
Tam wydarzyło się coś wyjątkowego.
Monterrey pokochało Irak. Kibice pojawiali się na lotnisku, treningach i ulicach miasta, a oficjalne profile reprezentacji zaczęły zalewać hiszpańskojęzyczne komentarze. „Lwy Mezopotamii” stały się lokalną historią, którą Meksykanie niespodziewanie postanowili współtworzyć.
Na boisku również wszystko zaczynało układać się tak, jakby historia sama próbowała dopisać własne zakończenie.
Bo trudno byłoby stworzyć bardziej symboliczną historię niż ta związana z Aymenem Husseinem.

Przez lata był dla wielu kibiców po prostu jednym z kolejnych napastników. Wysoki, waleczny, pracujący dla drużyny, ale często krytykowany. W irackiej piłce nie brakowało opinii, że niczym szczególnym nie wyróżnia się spośród dziesiątek innych środkowych napastników, którzy przewijali się przez reprezentację.
Problem polegał na tym, że Aymen Hussein od początku swojego życia funkcjonował w świecie, który nie dawał nic za darmo.
Jego ojciec – oficer irackiej armii – został zamordowany przez Al-Kaidę. Rodzina została zmuszona do ucieczki, jeden z jego braci zaginął podczas działań Państwa Islamskiego, a wojna i przemoc od najmłodszych lat były elementem codzienności. Historia Aymena przypominała historię współczesnego Iraku – pełną strat, bólu i ciągłej walki o przetrwanie.
Mimo tego nigdy nie przestał wierzyć.
Kilka lat temu, jeszcze jako młody zawodnik, wypowiedział słowa, które wielu traktowało bardziej jako marzenie niż realny plan.
Powiedział, że kiedyś jego gol da Irakowi awans na mistrzostwa świata.
Trudno było wtedy traktować to poważnie. Irak od dekad nie potrafił wrócić na mundial. Kolejne pokolenia próbowały i kończyły z poczuciem niedosytu. Sam Hussein dla wielu nie wyglądał jak człowiek, który ma zostać twarzą największego sukcesu reprezentacji od czterech dekad.
A jednak futbol czasami pisze scenariusze zbyt idealne nawet jak na kino.
40 lat po ostatnim mundialu, po 868 dniach eliminacji, po 21 spotkaniach i tysiącach kilometrów podróży, to właśnie Aymen Hussein zdobył bramkę, która ostatecznie przywróciła Irak na piłkarską mapę świata.
Dziewięć lat po złożonej obietnicy zrobił dokładnie to, co zapowiedział.
Historia zatoczyła koło.
W 1986 roku Irak po raz pierwszy zagrał na mundialu właśnie w Meksyku. Cztery dekady później droga powrotna również prowadziła przez Meksyk.
Od Ahmeda Radhiego, przez Jafara Omrana, przez Younisa Mahmooda, aż po Aymena Husseina.
I być może właśnie dlatego nie dało się wymyślić lepszego zakończenia tej historii niż gol chłopaka, który dziesięć lat wcześniej powiedział światu, że kiedyś zabierze Irak na mundial.
I dotrzymał słowa.

Iracki futbol przez dekady przechodził najtrudniejsze możliwe próby. Wojny, konflikty, zakazy organizowania spotkań u siebie, problemy organizacyjne i kolejne pokolenia piłkarzy próbujących przywrócić reprezentację na największą scenę światowego futbolu sprawiały, że droga „Lwów Mezopotamii” nigdy nie przypominała normalnej sportowej historii.
Sam Irak jako państwo przeszedł jeszcze więcej.
Przez lata reprezentacja narodowa stawała się jednak czymś więcej niż tylko drużyną piłkarską. W kraju podzielonym polityką, naznaczonym konfliktami i trudną historią futbol pozostawał jednym z niewielu elementów potrafiących jednoczyć ludzi bez względu na pochodzenie, poglądy czy miejsce zamieszkania.
To właśnie przy meczach reprezentacji Irak na chwilę stawał się jednością.
To wtedy Bagdad, Basra, Karbala czy Mosul wspólnie przeżywały te same emocje. To wtedy kolejne pokolenia mogły choć na chwilę zapomnieć o wszystkim, co przez lata ciążyło nad krajem.
Bo w Iraku mecz reprezentacji od dawna nie jest zwykłym spotkaniem piłkarskim.
To wydarzenie, które zatrzymuje codzienność.
To historia, która wraca z każdym kolejnym gwizdkiem.
To emocje budowane przez pokolenia kibiców pamiętających Meksyk 1986, „Tragedię z Dohy”, olimpijską sensację w Atenach, azjatycki triumf z 2007 roku i wreszcie powrót po 40 latach oczekiwania.
Dlatego kiedy „Lwy Mezopotamii” wyjdą na murawę mistrzostw świata 2026, nie będą po prostu kolejną reprezentacją walczącą o punkty.
Będą historią kraju, który mimo wszystkich przeciwności nigdy nie przestał wierzyć.
Historią ludzi, którzy przez dekady czekali na ten moment.
I historią futbolu, który przez lata dawał narodowi coś znacznie ważniejszego niż zwycięstwa.
Dawał nadzieję.
A po czterech dekadach oczekiwania Irak wraca tam, gdzie wszystko się zaczęło.
Na mundialu…do Meksyku.
Autor tekstu:
Adam Błoński
Wyświetleń: 28