Gamba Osaka zdobyła swoją dziewiątą gwiazdkę na klubowej koszulce, sięgając po triumf w Asian Champions League 2. I zrobiła to w sposób, który idealnie pokazuje, dlaczego azjatycka piłka klubowa od lat wymyka się prostym schematom i dlaczego nadal tak wielu ludzi na Zachodzie kompletnie nie rozumie siły japońskiego futbolu.
Przed finałem zdecydowana większość uwagi skupiona była oczywiście na Al-Nassr. Trudno się dziwić. Sam fakt obecności Cristiano Ronaldo powodował, że dla wielu dziennikarzy wynik wydawał się formalnością. Gamba Osaka miała być tłem. Miała wyjść, powalczyć, może przegrać honorowo, a później zejść z murawy pokonana przez maszynę naszpikowaną wielkimi nazwiskami.
Po jednej stronie stał zespół z Cristiano Ronaldo, Sadio Mane – zdobywcą Ligi Mistrzów UEFA, Kingsleyem Comanem – człowiekiem, który przez lata budował swoją markę w Bayernie Monachium, João Félixem – piłkarzem, którego nazwisko od lat funkcjonuje bardziej w świecie wielkich oczekiwań i efektownych kompilacji niż stabilizacji formy, Mohamedem Simakanem czy Martinezem, który jeszcze nei tak dawno podnosił trofea razem z Robertem Lewandowskim. Dla wielu europejskich odbiorców wszystko było jasne jeszcze przed pierwszym gwizdkiem.
Po drugiej stronie? Drużyna, którą przeciętny kibic europejskiego futbolu prawdopodobnie określiłby brutalnym określeniem „No Name FC”. Bez aktualnych reprezentantów Japonii. Owszem, byli zawodnicy z przeszłością kadrową. Shinnosuke Nakatani ostatni mecz w seniorskiej reprezentacji Japonii rozegrał w 2023 roku. Genta Miura ma za sobą występy dla kraju. Masaaki Higashiguchi był uczestnikiem mundialu. Takashi Usami przez lata stanowił ważną część japońskiej piłki, a Shu Kurata również zakładał narodowe barwy. Obok nich znajdowali się młodsi gracze jak Riku Handa, Kanji Okunuki czy Rui Araki – 18-letni bramkarz, który jeszcze zimą znajdował się znacznie bliżej młodzieżowej piłki niż finału kontynentalnych rozgrywek.
I właśnie tu dochodzimy do sedna całej historii.
To nie był przypadek. To nie był jeden „dzień konia”. To nie był mecz wygrany wyłącznie charakterem.
To była siła J.League.
Kiedyś Dejan Damjanović został zapytany o różnicę pomiędzy ligą koreańską a chińską. Mimo ogromnych pieniędzy płynących wówczas do Chin odpowiedział, że nadal wyżej ceni Koreę. Powód był prosty. Co z tego, że w jednej lidze grają gwiazdy za gigantyczne pieniądze, skoro jakość krajowych zawodników pozostaje wyraźnie niższa. Korea budowała zespoły posiadające jedenastu piłkarzy zdolnych utrzymać podobny poziom. Nie pięciu liderów i sześciu statystów.
To samo od lat można powiedzieć o Japonii.
Nie będzie przesadą stwierdzenie, że Japonia mogłaby zbudować kilka konkurencyjnych reprezentacji narodowych. Kadra A, B, C, D, a być może nawet E nadal potrafiłaby być konkurencyjna na wysokim poziomie. Fundamentem nie jest jedna czy dwie wielkie gwiazdy. Fundamentem jest głębia jakości.

Gamba Osaka przez pełne dziewięćdziesiąt minut nie wyglądała nawet przez sekundę na zespół przestraszony nazwiskami rywala. Nie było paniki. Nie było chaosu. Nie było momentu, w którym można było odnieść wrażenie, że za chwilę pękną pod naporem bardziej medialnego przeciwnika. Wręcz przeciwnie. Momentami to Al-Nassr sprawiało wrażenie drużyny szukającej odpowiedzi.
Ogromny mecz rozegrał Issam Jebali. Tunezyjczyk wszedł momentami na poziom absolutnie światowy. Każdy kontakt z piłką miał sens. Każde przyjęcie niosło pomysł. Każda decyzja podejmowana pod presją imponowała piłkarskim IQ oraz jakością wykonania. Gdyby nie fakt, że dobrze znamy jego bardziej nierówną naturę i poziom, do którego przyzwyczaił na przestrzeni sezonów, można byłoby po tym jednym spotkaniu popłynąć bardzo daleko z ocenami.
To właśnie po jego indywidualnej akcji padła zwycięska bramka. Jej autorem był Deniz Hümmet. Turecki napastnik rozegrał jedynie 45 minut, ponieważ później musiał opuścić murawę z powodu urazu. Wystarczyło.
I tutaj najlepiej widać skalę tej historii.
Duet Issam Jebali – Deniz Hümmet wyceniany jest łącznie na około dwa miliony euro. Dla porównania sam Kingsley Coman wyceniany jest wielokrotnie wyżej (25 milionów). Nie było więc tutaj pustego frazesu mówiącego, że pieniądze nie mają znaczenia. Mają. Ogromne. Problem polega na tym, że same pieniądze nie budują zespołu.
Prawdziwymi bohaterami tego finału byli jednak ludzie stojący z tyłu.

Duet środkowych obrońców – Genta Miura i kapitan Shinnosuke Nakatani – rozegrał spotkanie po profesorsku. Al-Nassr praktycznie nie tworzyło stuprocentowych sytuacji. Cristiano Ronaldo został niemal całkowicie wyłączony z gry. Szczególnie Miura momentami wychodził na poziom czystego heroizmu. Co druga interwencja powodowała niedowierzanie. Człowiek momentami łapał się za głowę, zastanawiając się, jakim cudem zdążył jeszcze przeciąć podanie albo doskoczyć do rywala.
Było coś pięknego w tym zwycięstwie starej szkoły bronienia.
W czasach, gdy od środkowego obrońcy wymaga się prowadzenia gry, rozgrywania piłki niczym pomocnik, budowania akcji i uczestnictwa w ofensywie, Miura i Nakatani przypomnieli o najprostszej prawdzie futbolu.
Dobry obrońca przede wszystkim nie daje rywalowi miejsca. Nie daje czasu. Nie daje wiary, że uda się oddać strzał.
Obok nich ogromnym bohaterem był Rui Araki.
18-letni bramkarz.

Jeszcze zimą chłopak przesuwał się ze struktur młodzieżowych do pierwszej drużyny. Jeszcze kilka tygodni temu nie był podstawowym zawodnikiem Gamby Osaka. Tymczasem w finale Asian Champions League 2 momentami trzeba było sprawdzać jego metrykę. Interweniował jak człowiek mający za sobą dziesiątki meczów o najwyższą stawkę. Pewnie. Spokojnie. Bez niepotrzebnych fajerwerków. A kiedy Miura i Nakatani nie mogli już zdążyć – wyrastał spod ziemi i kolejnymi interwencjami odbierał Al-Nassr nadzieję. Dla wtajemniczonych w Azjatycką piłkę, 18 latek nie był kompletnym anonimem, ponieważ w styczniu zdobył nagrodę najlepszego bramkarza Pucharu Azji U23.
Osobnym tematem pozostaje sędziowanie. To kolejny finał azjatyckich rozgrywek, po którym pozostają pytania dotyczące interpretacji kontaktów fizycznych i pewnych decyzji boiskowych. Japońscy zawodnicy momentami musieli grać niezwykle twardo, podczas gdy po drugiej stronie podobne sytuacje kończyły się szybszą reakcją arbitra (czytaj nie można był tknąć gwiazd Al-Nassr, ale Japończycy musieli wytrzymać nawet stratowanie, czy wejścia w nogi). Takie odczucia pojawiały się również wcześniej przy okazji innych spotkań azjatyckiego futbolu(zwłaszcza Finału ACL – Machinda vs Al-Ahly) i z pewnością będą wracać również w przyszłości. Kibice Al-Nassr mieli ogromnę pretensje dot. bramki, ale poniżej mamy ładne objaśnienie kontrowersji.?
Na końcu pozostają jeszcze emocje. Cristiano Ronaldo po końcowym gwizdku nie ukrywał frustracji, a atmosfera na stadionie momentami robiła wręcz przygnębiające wrażenie. Z minuty na minutę trybuny Al-Nassr cichły, jakby kibice coraz mocniej uświadamiali sobie, że ich naszpikowany gwiazdami zespół nie znajdzie już sposobu na dobrze zorganizowaną i konsekwentną Gambę Osaka. Wielka piłkarska marka, budowana wokół nazwisk rozpoznawalnych na całym świecie, dostała tego wieczoru bardzo bolesną lekcję futbolu od drużyny, którą wielu ekspertów i komentatorów skreśliło jeszcze przed pierwszym gwizdkiem.
Gamba Osaka sięgnęła po dziewiątą gwiazdkę dokładnie w taki sposób, w jaki japoński futbol od lat buduje swoją pozycję w Azji – bez potrzeby tworzenia wielkiego medialnego szumu, bez opierania wszystkiego na pojedynczych nazwiskach i bez konieczności udowadniania swojej wartości marketingową siłą. Tym razem ponownie wygrała organizacja gry, jakość szkolenia, cierpliwość oraz przekonanie, że dobrze funkcjonujący zespół nadal potrafi pokonać projekt zbudowany wokół wielkich pieniędzy i jeszcze większych nazwisk.
Auto tekstu:
Błoński Adam
Wyświetleń: 115