Jest starszy o 4 lata od swojego szefa i zaczął grać w piłkę zawodowo wcześniej niż większość jego kolegów się urodziło. Kazuyoshi Miura, bo o nim mowa, który kończy w przyszłym miesiącu 53 lata zagra w przyszłym sezonie w J.League czyli najwyższej klasie rozgrywkowej Japonii.
Będzie to jego pierwszy sezon od 12 lat w pierwszej lidze, od czasów sezonu, 2007 kiedy to po raz ostatni jego Yokohama FC grała w J.League.

Kariera piłkarska zazwyczaj trwa 13-15 lat, a sami zawodnicy stają na rzęsach, aby zarobić jak najwięcej w tym krótkim czasie, aby móc zainwestować w swoją przyszłość na sportowej emeryturze.
Powyższe nie tyczy się takiego ewenementu ja „Kaziu” który już trafił do księgi rekordów Guinnesa w dwóch kategoriach  – najstarszy piłkarz świata oraz najstarszy strzelec bramki w J.League.
Poprzedni rekord w kategorii „piłkarskiego dziadka” należał do Anglika Stanleya Matthewsa z 1965 roku który zakończył karierę w wieku 50 lat.

Co zabawne, ale nie dla Polaka – Krzyśka Kamińskiego naszego ambasadora piłki w Japonii – Miura jeszcze nie tak dawno, bo w 2015 roku potrafił po wyskoku strzelić bramkę właśnie naszemu rodakowi.

53 latek dziś podpisał kontrakt przedłużający umowę o kolejne sezon z Yokohama FC.
Najwidoczniej doświadczony samuraj ma honorową niepisaną umowę z klubem polegającą na tym, iż 89 krotny reprezentant Japonii może przedłużać swoją przygodę z „Yoko” dopóki ma siłę i chęci.

Jeszcze parę lat temu, Miura działał na nerwy fanom mającym mu za złe, że zajmuje miejsce młodym a klub pogrąża się w coraz to większą nędzę. Ale kiedy klub zwycięża, Miura statystuje, cóż…niech zabawa trwa. W końcu „Papa” Miura tak się zasiedział w klubie, że stał się chcąc nie chcąc jego ikoną, symbole, maskotką i czort go wie, czym jeszcze (widząc po niektórych dziennikarzach przed Mistrzostwami świata – atrakcją turystyczną).

King Kazu jak zwą rodacy swojego rekordzistę, stał się gwiazdą w wczesnych latach dziewięćdziesiątych paradoksalnie zaczynając swoją karierę poza granicami Japonii i nie mówimy tutaj o Europie. W wieku zaledwie 15 lat wyjechał w 1982 roku do Brazylii. Jego starania w zostaniu zawodowym piłkarzem (w czasach, kiedy nie było profesjonalnej ligi w Japonii) zaowocowały podpisaniem swojego pierwszego profesjonalnego kontraktu z Brazylijską potęgą – Santosem, klubem, w którym większość swojej kariery spędził Pele.

Swój piłkarski debiut zaliczył w 1986 roku, w całkowicie innych czasach dla futbolu w Japonii, a jego przygody w dojściu do swojego celu stały się inspiracją do powstania słynnej Mangi Captain Tsubasa.

Miuuuura
Jego największym brakiem w CV jest uczestnictwo w Mundialu, pomimo zdobycia 14 bramek w kwalifikacjach do Francuskich Mistrzostw Świata w 1998 roku, absencja Miury w składzie była największą niespodzianką. Ówczesny selekcjoner Takeshi Okada po raz pierwszy w historii zakwalifikował Japonię na Mistrzostwa Świata między innym dzięki bramkom „King Kazu.”
Jednak później postanowił zostawić go w kraju ze względu na jego status celebryty, który ewidentnie był nie na rękę posępnemu trenerowi (to samo zrobił z Shinji Kagawą w 2010).

Mimo rosnącej pasji, oraz popularności, która o dziwo dziś jest 3x większa niż w czasach jego świetności (powodem bicia jego wiekowych rekordów) to Japończyk ewidentnie obniża loty z roku na rok. Ostatnią bramkę strzelił, kiedy pobijał rekord Stanleya Matthews’a w 2017 przeciwko spadkowiczowi J2 Thespa Kusatsu.

Jak sam Miura mówił: „Moja pasja do piłki nie zmieniła się od czasów, kiedy stałem się profesjonalistą w wieku 18 lat. Czuje, że z wiekiem nawet rośnie” – bawił niedawno „Kaziu” dziennikarzy swoimi wypowiedziami.

Miura może i rzeczywiście nie porusza się z prędkością Shinkansena jak w latach dziewięćdziesiątych a jego statystyki nie równają się z tymi śrubowanymi w Verdy Kawasaki, ale z pewnością jest najlepszym 52 latkiem grającym w piłkę nożną.  Pod tym względem jest bezkonkurencyjny, przez co przestaje być powoli traktowany jedną miarą z innymi piłkarzami – stał się dobrem narodowym Japonii.

Kaziu.jpg

Zapraszamy do śledzenia kariery „Kazia” w sezonie 2020 J.League.

Autor tekstu: Adam Błoński