TEKST JEST WYŁĄCZNIE OPINIĄ AUTORA I NIE JEST STANOWISKIEM CAŁEJ REDAKCJI AZJAGOLA.COM

 

Dwa tygodnie temu wróciliśmy po serii ośmiu wyjazdów z rzędu i weszliśmy na Ajinomoto krokiem tak pewnym jak Thomas Shelby pojawiający się na rodzinnych zebraniach. Jako lider ligi mieliśmy do rozegrania dwa domowe spotkania z zagrożonymi spadkiem zespołami – Shonan Bellmare i Urawą Reds, która rozgrywa fatalny ligowy sezon. Wygraliśmy w Nagoi, wygraliśmy w Kobe, wygraliśmy także w Oicie. „Co to Shonan?”  (które przegrało 6 ostatnich meczów, w których straciło 20 bramek) – można było pomyśleć. Ten, kto zna FC Tokyo nie mógł jednak spać spokojnie i po prostu czekać na kolejne zwycięstwo przybliżające do mistrzostwa. No to po prostu wydawało się zbyt piękne i zbyt proste. Wiadomo przecież, że ten klub nie lubi sobie niczego ułatwiać i można było się spodziewać, że te dwa domowe mecze będą trudniejsze niż np. wyjazd na Noevir Stadium w Kobe.

Oczywiście w mieście panowała nadzwyczajna atmosfera i nawet Stacja Tobitakyū została specjalnie udekorowana na powrót zespołu z wyjazdowej tułaczki.

No wspaniale. Ale do Tokio przyjechało 16. w tabeli Shonan, które niedługo wcześniej przegrało 0-6 z Shimizu i 0-5 z Kawasaki. Wynik na Ajinomoto? 1-1. Tak, remis to wszystko co udało nam się ugrać ze słabiutkim Shonan i to tylko dzięki bramce Morishige w ostatniej akcji meczu.

Yokohama wygrywa w tym samym czasie z Matsumoto i na dwie kolejki przed końcem sezonu obejmuje fotel lidera naszym kosztem. „Ok, spokojnie, to tylko punkt straty”. No rzeczywiście nie było to jeszcze największą tragedią w historii świata, bowiem punkt był jak najbardziej do odrobienia, z racji na bezpośredni pojedynek z Marinos jaki czeka nas w ostatniej kolejce. Żeby jednak móc na tym polegać, musieliśmy wygrać wielkie derby z Urawą. Stadion został wyprzedany i na Ajinomoto pojawiło się ponad 40 tysięcy ludzi. Dzięki temu ustanowiony został rekord FC Tokyo jeżeli chodzi o średnią frekwencję w sezonie, a wyniosła ona ponad 31 tysięcy widzów na mecz. Trzeba przyznać, że te liczby robią wrażenie.

Ale nie te liczby grały tego dnia największą rolę. Najważniejsze były te, które miały się pojawić na tablicy wyników po końcowych gwizdku. Niestety tym razem również ujrzeliśmy rezultat „1-1”.

Wraz ze złością spowodowaną wynikiem, przyszedł też smutek i potężne rozczarowanie faktem, że praktycznie straciliśmy szansę na nasze pierwsze w historii Mistrzostwo Japonii na zaledwie jedną kolejkę przed końcem ligi. W teorii szanse na mistrzostwo są, ale abyśmy mogli sięgnąć po ostateczny triumf, musielibyśmy wygrać na stadionie Nissana… czterema bramkami. A powiedzmy sobie szczerze, to się nie wydarzy.

D-PSeSwVAAEw2jV

Tyle o samych wydarzeniach. Teraz czas skupić się na ich drobnej analizie. Na początek przypomnę swoje słowa z ostatniego „Quo Vadis” dotyczące możliwych problemów z jakimi miało przyjść nam się zmierzyć w dalszej części sezonu:

„Można obawiać się także… Hasegawy. Trener Tokyo to wielki szkoleniowiec, który niejedno już w życiu osiągnął i udowodnił. Ma on jednak niepokojącą skłonność do „zajeżdżania” swoich zespołów, co w połączeniu ze średnią umiejętnością odmieniania niekorzystnych rezultatów stanowi mieszankę iście dramatyczną. Przekonało się o tym prowadzone przez niego Shimizu S-Pulse, przekonało się także FC Tokyo w poprzednim sezonie.”

Moje zdolności czarnoksiężnika znów dały o sobie znać, bowiem dokładnie to stało się z FC Tokyo. Jeszcze podczas serii wyjazdów dopadł nas „syndrom Hasegawy”, przez który straciliśmy punkty z Saganem Tosu, Matsumoto Yamagą i Kashimą Antlers. Wbrew pozorom najgorsza była porażka z Antlers, bowiem jedyną i jakże genialną taktyką naszego szkoleniowca była tzw. „laga w przód” na szybkiego Nagaia i Oliveire. Ok, było z tego parę okazji, ale wynikały one głównie z błędów Kashimy. Ponadto nie potrafiliśmy w ogóle zareagować na bramki rywali. Przez dwa lata, jakie Hasegawa spędził w Tokyo, można było zauważyć całkowity brak umiejętności zarządzania taktyką i reagowania na bieżące wydarzenia. Do tej gabloty osiągnięć Hasegawy należy także dodać brak jakiegokolwiek pomysłu na grę, który zawsze mścił się w spotkaniach z drużynami grającymi w bardziej zdyscyplinowany i zamknięty sposób z tyłu. Gdy rywal potrafił zamknąć przestrzeń Nagaiemu, czy Oliveirze, Tokyo było totalnie bezproduktywne i niegroźne. Tutaj wychodzi także brak kreatywnego pomocnika, którym miał być ściągnięty w lecie Mita. Miał być, bo oczekiwań z pewnością nie spełnił. Takahagi próbujący swoich niekonwencjonalnych podań to też nie było to, bo Japończyk prawie zawsze grał na nieswojej pozycji.

Mita

O „zajeżdżaniu” zawodników chyba nie muszę nic pisać, po tym jak w ostatnim spotkaniu z Urawą przez kontuzję zszedł Diego Oliveira i Kensuke Nagai. Dwóch naszych najlepszych zawodników, którzy najpewniej nie zagrają w „finale” z Yokohamą.

Diego1Nagai

Wróćmy jeszcze do wspomnianych spotkań z Shonan i Urawą. Oto jak prezentowały się ustawienia Tokyo na oba te mecze.

vs Shonan

1

vs Urawa

2a

I dla porównania ustawienie w meczu z Matsumoto, który zremisowaliśmy w fatalnym stylu i gdzie nie działało zupełnie nic

3

ŻADNYCH zmian w ustawieniu. Praktycznie żadnych rotacji, bo Omori i Mita to niemalże ten sam zawodnik. Zmiany na środku obrony nawet nie liczę. Polecam sobie porównać skład i ustawienie z fatalnego meczu z Matsumoto, z tym czym zagrał Hasegawa w najważniejszym meczu w historii tego klubu, czyli z Urawą. Pozostawię to bez dalszego komentarza.

Zaczynam rozumieć frustrację kibiców FC Barcelony, którzy pomimo walki do końca o prawie wszystkie trofea, nazywają swojego trenera „terrorystą”, który odbiera im radość z życia. Granie o puchary i zajmowanie wysokich miejsc w lidze to jedno. Ale przegrywanie tytułów w tak frajerski sposób jak Barca rok temu w Lidze Mistrzów, czy Tokyo w tym roku w lidze, to po prostu kompromitacja. Kompromitacja, która na tym poziomie nie powinna mieć miejsca i za którą dużą winę ponosi po prostu trener.

FC Tokyo zostanie w tym sezonie minimum wicemistrzem Japonii i zagra w przyszłym roku w Azjatyckiej Lidze Mistrzów. Jest to bez wątpienia historyczny rezultat, bowiem „gazownicy” nigdy w historii nie kończyli sezonu wyżej niż na 4 miejscu. Historia została napisana, będziemy wicemistrzem Japonii, bla bla bla. W obecnej sytuacji nie jest to absolutnie powód do zadowolenia, gdyż byliśmy dosłownie o krok, od pierwszego w historii mistrzostwa i ponowna taka szansa raczej szybko nie nadejdzie. Oczywiście w klubie będzie wszystko ok, będzie dziękowanie szkoleniowcowi za „wysiłek i ciężką pracę” w tym sezonie, co zapewne poskutkuje nowym kontraktem. Jeżeli to nastąpi to będzie to chyba gorsza wiadomość niż sama klęska.

 

 

Autor tekstu: Kamil Gala
@GalsonHM