Zanim przejdziemy do opinii japońskich ekspertów, byłych reprezentantów i mediów, chciałbym najpierw podzielić się własną analizą tego spotkania. Piłkę azjatycką obserwuję od ponad dwóch dekad i właśnie analizy taktyczne zawsze fascynowały mnie najbardziej. Dlatego w pierwszej części spróbuję odpowiedzieć na pytanie, co moim zdaniem zadecydowało o porażce Japonii z Brazylią i gdzie Hajime Moriyasu wygrał, a gdzie przegrał ten szachowy pojedynek z Carlo Ancelottim.
W drugiej części przyjrzymy się natomiast temu, jak ten mecz oceniają sami Japończycy – od byłych reprezentantów, przez trenerów i ekspertów telewizyjnych, aż po największe japońskie media. Sprawdzimy, w których punktach nasze wnioski są zbieżne, a gdzie spojrzenie z Kraju Kwitnącej Wiśni jest zupełnie inne.
Pierwsza połowa? Taktyczny majstersztyk Hajime Moriyasu.
System 3-6-1 funkcjonował dokładnie tak, jak powinien. W praktyce nie było to jednak klasyczne 3-6-1, lecz niezwykle płynna struktura. Dwaj podwieszeni napastnicy – Daizen Maeda i Junya Ito – schodzili do półprzestrzeni i tworzyli z Keito Nakamurą oraz Ritsu Doanem podwojenia na obu skrzydłach. Brazylijczycy nie wiedzieli, czy kryć skrzydłowych, czy podążać za zawodnikami schodzącymi do środka.
Co więcej, boczni stoperzy – Tomiyasu i Itakura – bardzo odważnie wychodzili wysoko, momentami zachowując się bardziej jak klasyczni boczni obrońcy niż środkowi defensorzy. Japonia uzyskiwała przewagę liczebną praktycznie w każdym sektorze boiska, a Brazylia przez długie fragmenty nie potrafiła ustawić pressingu ani odpowiednio zabezpieczyć bocznych stref.
Na szczególne wyróżnienie zasługuje prawa strona Japonii. Duet Ritsu Doan – Junya Ito funkcjonował tam niemal wzorcowo. Nie jest przypadkiem, że obaj w przeszłości występowali na bardziej cofniętych pozycjach. Junya Ito przez lata grał jako prawy wahadłowy lub prawy pomocnik (DMR), a Doan ma w swoim CV występy nie tylko jako prawy pomocnik, ale również jako prawy obrońca. Dzięki temu doskonale rozumieją obowiązki defensywne, potrafią odpowiednio asekurować przestrzeń za plecami i wiedzą, kiedy przyspieszyć doskok, a kiedy zachować ustawienie.
Jednocześnie po przejściu do Europy obaj rozwinęli się jako piłkarze ofensywni. Grając wyżej, nauczyli się wykorzystywać półprzestrzenie, rotować pozycjami i podejmować właściwe decyzje w ataku. Efekt był widoczny w pierwszej połowie – z jednej strony świetnie neutralizowali zagrożenie ze strony Viníciusa i brazylijskiego lewego sektora, a z drugiej sami potrafili błyskawicznie przełączać się do fazy ofensywnej. To właśnie taka dwukierunkowość była jednym z fundamentów znakomitej pierwszej połowy Japonii.
To właśnie dlatego pierwsza połowa wyglądała tak dobrze.

Problem zaczął się po przerwie. I tutaj, niestety, uważam, że Moriyasu przegrał pojedynek taktyczny z Carlo Ancelottim.
Najbardziej rzuca się w oczy jedno – wszystkie zmiany Ancelottiego poprawiły grę Brazylii. Każda kolejna korekta zwiększała intensywność, szerokość i płynność ataków Canarinhos. Tymczasem praktycznie każda zmiana Moriyasu osłabiała to, co wcześniej funkcjonowało.
Najbardziej symboliczna była zmiana Ritsu Doana. Przez ponad godzinę świetnie radził sobie z Viníciusem Júniorem. Oczywiście Brazylijczyka nie da się wyłączyć całkowicie, ale Doan bardzo dobrze zarządzał pojedynkami – raz odpuszczał, raz agresywnie odbierał piłkę, a jednocześnie dawał drużynie jakość po jej odzyskaniu. Do tego grał z opaską kapitana i był jednym z liderów zespołu.

Po jego zejściu pojawił się Yukinari Sugawara. To solidny boczny obrońca, ale o zupełnie innym profilu. Sama zmiana wysłała sygnał całej drużynie: nie chcemy już grać, chcemy przede wszystkim przetrwać.
Podobnie wyglądała lewa strona. Za Keito Nakamurę wszedł Junosuke Suzuki. Bardzo ciekawy stoper, potrafiący wyprowadzać piłkę niczym dawni libero – można go porównać do Rafaela Márqueza czy Franza Beckenbauera. Problem polega na tym, że nadal jest środkowym obrońcą. Kilka minut po wejściu zobaczył żółtą kartkę i praktycznie do końca meczu musiał grać asekuracyjnie. Zamiast agresywnie doskakiwać do rywala, zaczął kalkulować każdy pojedynek, bo wiedział, że druga kartka oznaczałaby katastrofę.
Do tego dochodzi Ao Tanaka. To bardzo dobry pomocnik typu box-to-box, zawodnik od rozegrania, przypominający stylem gry zachowując wszelkie proporcje bardziej Lukę Modricia czy Vitnha niż typowego defensywnego pomocnika. Nie jest jednak klasycznym „destroyerem”, który zabezpiecza przestrzeń przed stoperami. To właśnie po jego błędzie Brazylia przejęła piłkę w niezwykle groźnym sektorze, co rozpoczęło akcję prowadzącą do gola.
Największy problem nie polegał jednak na poszczególnych nazwiskach.
Japonia odeszła od własnego DNA.
Przez pierwszą połowę to Samuraje dyktowali rytm meczu. Nie bronili się rozpaczliwie. Potrafili długo utrzymywać się przy piłce, uspokajać tempo, wymieniać podania i zmuszać Brazylię do biegania. Właśnie na tym od lat opiera się japońska piłka – odwaga w operowaniu futbolówką nawet przeciwko największym rywalom.
Po zmianach wszystko zniknęło.
Keito Nakamura był zawodnikiem, który po odbiorze potrafił przytrzymać piłkę i pozwolić drużynie wyjść spod pressingu. Doan dawał możliwość rozegrania z Junyą Ito i przeniesienia ciężaru gry. Po wejściu bardziej defensywnie usposobionych zawodników Japonia odzyskiwała piłkę tylko po to, by niemal natychmiast ją oddać.
A kiedy przez kilka minut nie jesteś w stanie utrzymać futbolówki przeciwko Brazylii, zaczynasz bronić praktycznie bez przerwy. Zespół nie ma chwili na oddech, linie cofają się coraz niżej, a rywal z każdą akcją nabiera większej pewności siebie.

Tutaj bardzo było widać brak Wataru Endo.
Kaishu Sano rozegrał świetny mecz i zdobył piękną bramkę, ale jego profil jest zupełnie inny. To piłkarz pełen energii, który po odbiorze od razu chce ruszyć z piłką do przodu. Endo – podobnie jak kiedyś Makoto Hasebe – po odzyskaniu futbolówki najpierw podnosi głowę, uspokaja grę, wybiera najlepsze rozwiązanie i pozwala całemu zespołowi złapać oddech. Tego właśnie zabrakło w drugiej połowie.
Mam wrażenie, że zmiany Moriyasu od początku były podporządkowane jednemu celowi: przetrwać do dogrywki. Problem w tym, że przeciwko Brazylii nie można przez pół godziny grać wyłącznie na przetrwanie. Prędzej czy później rywal znajdzie jedną lukę. I dokładnie tak się stało.
Dopiero późne wejście Kokiego Ogawy pokazało, że Japonia zaczyna znowu myśleć o ataku i walce o wyrównanie. Tylko że było już zdecydowanie za późno.
Dla mnie ten mecz nie był zwycięstwem Brazylii wyłącznie dzięki większej jakości piłkarzy. To było również zwycięstwo Carlo Ancelottiego nad Hajime Moriyasu. Selekcjoner Japonii przygotował znakomity plan na pierwszą połowę, ale nie potrafił odpowiedzieć, gdy rywal zaczął zmieniać warunki gry. A największym błędem było odejście od własnego DNA – od odwagi, utrzymywania się przy piłce i narzucania własnego rytmu. Japonia zaczęła grać tak, jak chciała Brazylia. I właśnie wtedy przegrała ten mecz.
Mimo wszystko…Mori, Samurai Blue… otsukaresama!!!! (お疲れ様)
Widzimy się za 4 lata, jeszcze silniejsi !
Wyświetleń: 14