Chyba każdy zna legendę o Robin Hoodzie, czyli świetnym łuczniku, który zabierał bogatym i oddawał biednym. Najwyraźniej opowieść ta wyjątkowo spodobała się ekipie FC Tokyo, która w tym sezonie postanowiła wcielić się w rolę zamieszkującego las Sherwood bohatera.

Podopieczni Hasegawy, a więc bohatera wielu już moich rozważań, przemyśleń, pretensji i wywodów, pokazali w tym sezonie, że są w stanie pokonać absolutnie każdego. Po raz pierwszy od wielu lat wygrali z Urawą (i to oba mecze), pokonali wielkie Kawasaki w pucharze, wygrali z Nagoyą, Gambą, Reysol czy z Marinos na terenie obecnego mistrza kraju. Patrząc na zwycięstwa z tymi markami, można odnieść wrażenie, że FC Tokyo znów walczy o mistrzostwo kraju i w tym roku także będzie miało na nie spore szanse. I tak też być powinno, biorąc pod uwagę transfery jakich klub dokonał przed sezonem oraz kadrę, która jest szersza niż przed rokiem. Czy tak jest? Absolutnie nie.

Jak to więc możliwe, że Tokyo pomimo zwycięstw z bezpośrednimi rywalami do walki o czołówkę ligi traci obecnie do lidera 18(!) punktów? Jak to możliwe, że niedługo nawet pomimo samych zwycięstw FC Tokyo może spaść na 5 miejsce? Przede wszystkim, za plecami „gazowników” czają się ekipy Gamby i Nagoi, które mają po 3 spotkania więcej do rozegrania. Druga sprawa to owa dobroduszność Tokyo i obdarowywanie biedniejszych ekip kompletami punktów. Spójrzmy na to z kim przegrywała w tym sezonie ekipa ze stolicy Japonii. Ekipa, która aspirowała do walki o mistrzostwo Japonii, o Ligę Mistrzów i która wzmocniła się przed sezonem takimi nazwiskami jak Adailton, Leandro, czy Oumari.

8 lipca: FC Tokyo 0-4 Kawasaki Frontale

0-4 (słownie: zero do czterech) w Tamagawa Classico i to na własnym stadionie. Nie porażka jest tutaj przerażająca, lecz jej rozmiary i styl w jakim została poniesiona. Frontale wyglądali w tym spotkaniu jak ekipa ósmoklasistów, która na przerwie postanowiła zagrać z kolegami z piątej klasy. Kawasaki było dla Tokyo absolutnie nieosiągalne i to pod względem jakości, szybkości, techniki, wypracowanych schematów, a nawet taktyki, której gospodarze zwyczajnie nie mieli (pozdrowienia dla trenera Hasegawy). Tak wstydliwa i wysoka porażka powinna wylać kubeł zimnej wody na głowy zawodników i przede wszystkim trenera, który chyba poczuł się w klubie zbyt bezpieczny. Czy tak się stało? Przyjrzyjmy się kolejnym porażkom z tego sezonu.

1 sierpnia: FC Tokyo 2-3 Sagan Tosu

8 kolejka J.League i FC Tokyo podejmowało na Ajinomoto Stadium ostatni w tabeli Sagan Tosu, który miał na koncie dwa punkty i dwie strzelone bramki. Tak, dwie strzelone bramki po ośmiu kolejkach. Tosu grało bardzo źle i wydawało się, że tutaj ekipie Hasegawy nie ma prawa stać się nic złego. Ale hej, to przecież FC Tokyo Kenty Hasegawy. Tutaj może zdarzyć się najbardziej nieoczekiwane. Porażka 2-3 na własnym stadionie z tak słabym rywalem jest po prostu niewytłumaczalna i ludziom w klubie już wtedy powinna zapalić się lampka ostrzegawcza. Nie zapaliła się.

26 sierpnia: FC Tokyo 1-2 Kashima Antlers

Trzecia porażka tego sezonu i trzecia porażka na Ajinomoto. Można zwalać winę na brak kibiców, ale to raczej desperacka próba ratowania wizerunku „gazowników”. Do tego meczu Kashima przystępowała po meczach z rzędu bez wygranej i należy zaznaczyć, że w tym sezonie oglądamy jedną ze słabszych ekip Antlers od lat. Nie było to żadną przeszkodą dla wojennej machiny Hasegawy i poniesiona została trzecia porażka w sezonie, mimo prowadzenia do przerwy.

16 września: FC Tokyo 2-3 Oita Trinita

Dobrze widzicie. Kolejna porażka w sezonie to kolejna porażka na Ajinomoto. I to z Oitą Trinita, która nie jest już zespołem z poprzedniego sezonu. Obecnie zespół z Kiusiu znajduje się na 12. miejscu w tabeli J.League. Mieliśmy tutaj ten sam schemat co w meczu z Tosu. Gol rywali, wyrównanie Tokyo, dwa gole rywali i bramka kontaktowa w ostatnich sekundach. Poza tym absolutna niemoc przez cały mecz i kolejna porażka. Czy Hasegawa wyciągnął wnioski? Nawet teraz nie.

27 września: Sagan Tosu 3-0 FC Tokyo

Jeżeli porażkę 0-4 z Kawasaki trudno było wytłumaczyć, jak skomentować w jakikolwiek sposób to co wydarzyło się 27 września w Tosu? Po raz kolejny Hasegawa udowodnił, że nie jest on trenerem na poziom FC Tokyo, że nie jest on trenerem, który powinien prowadzić drużynę, która walczy o coś więcej niż tylko utrzymanie. Fatalny występ „gazowników”, którzy podarowali dwa komplety punktów będącym w potrzebie rywalom. Sagan Tosu jest w tym sezonie jednym ze słabszych zespołów w lidze, a jednak potrafił dwukrotnie pokonać w teorii walczące o Top 3 FC Tokyo.

10 października: FC Tokyo 0-1 Gamba Osaka

Wracamy znów do domowych porażek. Tym razem dla odmiany z nieco silniejszym rywalem. Tutaj trzeba przyznać, że Tokyo grało lepszy mecz, że zasłużyło nie na remis, ale na zwycięstwo i, że ofensywa na bramkę Gamby chwilami przypominała ofensywę Daenerys na Królewską Przystań w ostatnim sezonie Gry o Tron. Ostatecznie jednak gospodarze ponieśli kolejną porażkę, której zwyczajnie trzeba było uniknąć.

18 października: Yokohama FC 1-0 FC Tokyo

Minął tydzień od poprzedniej porażki, a Tokyo znów oddaje komplet punktów biednemu zespołowi z Jokohamy. Beniaminek, który przed tym meczem miał na swoim koncie 21 punktów, wskoczył na 13 miejsce dzięki dzisiejszej wygranej. Japoński Robin Hood po raz kolejny oddał punkty potrzebującym, samemu oddalając się od Top 2. Kwestie sędziowskie tutaj pominę, bo poza katastrofalnym sędziowaniem w tym spotkaniu, FC Tokyo powinno było zdobyć punkty bez oglądania się na decyzje sędziowskie.

Takie oddawanie punktów zdecydowanie nie przystoi takiemu klubowi jak FC Tokyo. Niestety, na horyzoncie nie widać szybkiej zmiany na lepsze. Jedyną szansą „gazowników” na osiągnięcie czegoś w tym sezonie jest puchar ligi japońskiej, gdzie w finale zmierzą się z Kashiwą Reysol.

Wyświetleń: 71

Autor tekstu: Kamil Gala

Social media

Strefa sponsorowana

Lwowski Baciar

Pewniaczek.pl

Azjagola na Twitterze

Obserwuj mnie na Twitterze