TEKST JEST WYŁĄCZNIE OPINIĄ AUTORA I NIE JEST STANOWISKIEM CAŁEJ REDAKCJI AZJAGOLA.COM

FC Tokyo weszło w erę Reiwa jak De Jong w Xabiego Alonso w pamiętnym finale MŚ w 2010. roku. Odważnie, bez kompleksów, czasami brutalnie i pokazując rywalowi gdzie jego miejsce. Ostatecznie De Jongowi nie wyszło to dobre, a jego bezmyślny wybryk spotkał się z krytyką (całkiem słuszną) i wręcz politowaniem wszystkich, których stolicą nie jest miasto Amsterdam. Jednak zupełnie nie o końcowy wynik w tym porównaniu chodziło. Do schyłku starej ery i początku nowej dojdziemy później. Teraz zacznijmy od początku.

Przed startem sezonu pisałem o strachu przez meczami z Kawasaki, Urawą, Shonan, czy Hiroshimą na Big Arch. Wtedy był to strach bardzo zasadny, bowiem mając w głowie początek ubiegłych sezonów i końcówkę tego ostatniego można było się spodziewać jakichś max kilku punktów w pierwszych kolejkach i skończenia sezonu w środku tabeli. Mojego optymizmu nie uwolniło wykupienie Diego Oliveiry, powrót Kubo, czy pozbycie się takich wirtuozów piłkarskiego świata jak Cayman Togashi. Nie zrobił tego nawet świetny okres przygotowawczy, podczas którego zespół pracował bardzo ciężko i robił to w kapitalnej wręcz atmosferze. Efektem przygotowań było zwycięstwo nad Nagoyą i zaaplikowanie jej aż 9. bramek. Hamowałem wtedy optymizm, bowiem na samym początku czekały nas wyjazdy na Todoroki, BMW Hiratsuka, czy do Saitamy.

D3zA5-uU0AE7Ahi

Z biegiem czasu okazało się, iż to co ma nam do zaoferowania Kenta Hasegawa i jego Samurajowie było bardzo przyjemną niespodzianką. Oczywiście jest dopiero maj i nie ma co zapeszać, ale FC Tokyo w końcu wygląda dobrze. Ofensywa, pomoc i defensywa. Wszystko działa jak należy. „Gazownicy” nie tracą głupich bramek, a sami strzelają to co przed rokiem zatrzymałoby się na poprzeczce, albo trybunach. Zupełnie jakby ktoś zdjął z zespołu klątwę.

D3y_2oZUIAAtYo3

Tokyo jest obecnie liderem tabeli i jedynym jak dotąd niepokonanym zespołem w lidze. Nadzieje, które były pokładane w zespole przed sezonem, są NA TEN MOMENT spełniane. Właśnie, na ten moment. Motorem napędowym i graczem można powiedzieć zmieniającym oblicza meczów jest Takefusa Kubo, który latem najprawdopodobniej opuści FC Tokyo i przeniesie się do jakiegoś europejskiego giganta.

Brak kogoś pokroju Kubo był aż nadto widoczny w drugiej części sezonu 2018. Gdy zespołowi nie szło i nie miał kto wziąć na siebie ciężaru gry, zrobić różnicy i wypracować dogodnej okazji. Teraz, jeżeli młody Japończyk odejdzie, a nie zostanie sprowadzony „crack” do linii pomocy, to mogą powrócić demony przeszłości, które rok temu wypchnęły nas z raju spychając na odległe 6. miejsce. Zaraz ktoś powie „hej, przecież jest jeszcze Diego, Nagai, Jael itd.”. Ok, są, ale Kubo pomimo prawie 18 lat już stał się jednym z najlepszych zawodników ligi, który w najtrudniejszych momentach potrafi wziąć ciężar gry na siebie i zrobić różnice. Będzie niebywale trudno zastąpić kogoś takiego.

Obawa nie dotyczy jednak samego Kubo. Można obawiać się także… Hasegawy. Trener Tokyo to wielki szkoleniowiec, który niejedno już w życiu osiągnął i udowodnił. Ma on jednak niepokojącą skłonność do „zajeżdżania” swoich zespołów, co w połączeniu ze średnią umiejętnością odmieniania niekorzystnych rezultatów stanowi mieszankę iście dramatyczną. Przekonało się o tym prowadzone przez niego Shimizu S-Pulse, przekonało się także FC Tokyo w poprzednim sezonie. Patrząc jednak na samą grę Tokyo, wydaje się, że Hasegawa wyciągnął jakieś wnioski. Przede wszystkim rotacje. Były trener Gamby Osaka wprowadził na dobre do pierwszego zespołu Ogawę i Watanabe, którzy odciążają doświadczonych defensorów.

Ogawa

Dużo minut dostają także Yajima, Tagawa i Koreańczyk Na Sang-ho, który dołączył do klubu przed sezonem. Dzięki obecności w składzie Jaela, właśnie Na i reszty, na więcej odpoczynku może liczyć Nagai, czy choćby Diego Oliveira.

D0pJfSgVAAEHTDf

Kolejną bardzo stresującą kwestią było uczynienie Higashiego kapitanem zespołu. Nie Morishige, nie Jang, nie Hashimoto, czy Ota, a właśnie skrzydłowy został nowym liderem pierwszego zespołu. Początkowo ta decyzja wydawała się delikatnie mówiąc niezrozumiała i sam miałem spore wątpliwości. Higashi najwyraźniej nie uważa Podolskiego (chyba nikt nie sądził, że w żaden sposób nie odniosę się do Kobe?) za swojego mentora i pokazał, że zasługuje na tę opaskę. A zrobił to w najlepszy możliwy sposób. Stał się liderem na boisku i poza nim. Gryzie trawę w każdym meczu i nie odpuszcza. Jego nastawienie udzieliło się też reszcie zespołu, który do każdego meczu podchodzi śmiertelnie poważnie.

img_d0b1a3eb1f9400d76b8b002eaf1ca994349095

FC Tokyo pożegnało erę Heisei w bardzo pamiętnym stylu. Pokonało Hiroshimę na Big Arch, nie przegrało w Saitamie, na Todorki, ani nigdzie, oraz pokonało Kashimę strzelając jej trzy bramki w rekordowo szybkim czasie.

Niepokonany zespół i ostatni lider ery Heisei, a także pierwszy lider nowej ery Reiwa. Brzmi dumnie, prawda? Dla mnie i wszystkich kibiców Tokyo na pewno. Będzie brzmieć to jeszcze dumniej, jeżeli Tokyo nie zrobi Tokyo i nie zaprzepaści swojej przewagi, formy i zasobu ludzkiego poprzez głupie straty punktów. Niestety w swojej 10-letniej już przygodzie jako kibic FC Tokyo doświadczałem tego zbyt wiele razy, żeby teraz siedzieć spokojnie i beztrosko marzyć o pucharach na koniec sezonu, jak Ci Panowie.

D5OfrdsU8AAdGeI

Obecnie, powtarzam obecnie, Tokyo ma wszystko, aby osiągnąć wyznaczone cele i realnie powalczyć o mistrzostwo dłużej niż do letniej przerwy. Aby tak się stało, musimy nadal oglądać obrazki takie jak ten poniżej.

TOKYO WINNER

Ponadto mamy uzdolnioną i całkiem szeroką kadrę. Jest uczący się na błędach trener (co się jednak dopiero okaże), no i dojrzałość. Dojrzałość, której w grze Tokyo brakowało przed rokiem tak bardzo jak gotówki Saganowi Tosu na „odpicowanie” szatni gospodarzy przed przybyciem Torresa. Warto jednak zachować spokój i z pokorą obserwować bieżące wydarzenia. W drugiej połowie sezonu, Tokyo czeka przecież seria wyjazdów z rzędu i z pewnością nie będzie łatwo o regularne punktowanie. Należy jednak nie tracić względnego optymizmu i z większą nadzieją spojrzeć w przyszłość, gdyż FC Tokyo będzie w tym sezonie walczyć o coś więcej niż tylko pierwsza 10.

Tokiio

Vamos FC東京!

 

Autor tekstu: Kamil Gala
@GalsonHM