Po 30 tygodniach ligowych zmagań, dwugodzinnym Wielkim Finale i konkursie jedenastek poznaliśmy mistrza piłkarskiej Australii. Sedes (potoczna nazwa statuetki) przed ponad 56.000 tłumem zebranym na stadionie Optus podnieśli zawodnicy Sydney FC. Pod względem zdobytych tytułów zrównali się z odwiecznymi rywalami z Melbourne Victory, co przynajmniej na sezon wyciszy dyskusje o największym klubie Antypodów. Tryumfatorzy z Nowej Południowej Walii przez większość sezonu nie przekonywali swoją grą. Całą edycję musieli odpierać zarzut o  braku podobieństwa do stylu wykreowanego pod obecnym selekcjonerem Socceroos. Gdyby byli samochodem, to nie błyszczącym w słońcu Maserati, ale rodzinnym SUV-em jadącym zgodnie z przepisami. Solidni nigdy nie zdobywali fanów.

 

A-League potrafi w Wielkie Finały

Australia wie, jak zadbać o oprawę na mecie. Stadion Suncorp i posadzenie  ultrasów obu klubów po przeciwnych trybunach, wypełniony po brzegi leciwy Adelaide Oval, czy nawet stadion McDonald Jones, który ledwo zmieścił 10 procent mieszkańców Newcastle. Awans Glory to najlepsze, co mogło  wydarzyć się dla Wielkiego Finału. Optus pachniał jeszcze świeżą farbą, a rok po otwarciu nadal jest architektoniczną nowinką, która rozmachem nie ustępuje słynnym obiektom sportowym w Europie. Na trybunach skąpanych w fiolecie pojawiło się 56 371 osób, co było drugą najwyższą frekwencją w historii A-League. Piłka nożna tamtego niedzielnego wieczoru na moment stała się sportem narodowym Australii.

Moment zadumy na Optus

W tygodniu poprzedzającym ostatni mecz sezonu odszedł Bob Hawke, 23. premier Australii  w latach 1983–1991. Przed pierwszym gwizdkiem pożegnano także Davida Cervinskiego, grającego w poprzedniczce A-League i Wynniego Russella, byłego zawodnika Glory. Na murawie stadionu pojawili się też piłkarze, który ogłosili zakończenie kariery po sezonie. Wśród nich znaleźli się Fahid Ben Khalfallah, Adrian Leijer, Robert Cornthwaite, Manny Muscat, Bruce Djite i Luke Wilkshire. Wszyscy doczekali się braw od ponad 56.000 tłumu. Zawieszenie butów na kołku z chwilą zakończenia finałowego spotkania zaplanowali też Alex Brosque i Brendon Santalab.

Szachy w Wielkim Finale

Szalone finały zdarzają się z częstotliwością rzadkiego zjawiska naturalnego. Stawka ostatniego meczu nieodzownie wiąże się z dyscypliną taktyczną i brakiem ruchu na tablicy wyników. Chwila improwizacji lub zapomnienia o przedmeczowych założeniach może przekreślić pracę wykonaną w minionych miesiącach.

Steve Corica wysłał swoją drużynę z wyraźnymi instrukcjami, aby nie dać Glory żadnej przestrzeni, w której mieliby czas na grę piłką i cierpliwe tkanie akcji od własnej połowy. W pierwszych minutach mogło to skończyć się szybkim ustawieniem wyniku, gdy Alex Brosque prawie zmusił Liama Reddy’ego do popełnienia błędu przy przyjęciu piłki. Ta strategia była powtórką z półfinału, gdzie przyniosła dywidendę w postaci  rozmontowanej obrony Melbourne Victory. Taktyka obu menadżerów w dużej mierze anulowała się nawzajem, co dla postronnego widza wiązało się z małą ilością momentów zdolnych podnieść z fotela lub krzesła.

Zrozumiałe, że Sky Blues nie mogli kontynuować swojej strategii opartej na wysokiej intensywności przez pełne 90 minut. Ich paski energii spadały z każdą minutą drugiej połowy. W dogrywce zmęczone nogi zaczęły dawać o sobie znak. W przeciwieństwie do poprzednich spotkań, Rhyan Grant i Michael Zullo nie biegali na flankach w dół i górę boiska, ze względu na to, że Corica zdał sobie sprawę z zagrożenia, jakie wiązało się z Jasonem Davidsonem i Ivanem Franjicem na tych pozycjach u Popovicia. Decyzja Popovica o skorzystaniu ze skrzydeł została przeciwstawiona przez Coricę w najciekawszej taktycznej bitwie w grze, gdzie Grant niwelował wszystkie atuty Ikonimidisa.

Trener za przerwanie dominacji Perth na środku boisku, którą widzieliśmy w wielu meczach sezonu, powinien dostać ogromny kredy zaufania na następny sezon. Sydney nie tylko powstrzymało rywali przed budowaniem akcji z tyłu, ale też uniemożliwiło Neilowi  Kilkenny’emu i Diego Castro reżyserowanie przebiegu wydarzeń tak, jak przyzwyczaili swoich fanów na przestrzeni całej edycji.

Cztery Wielkie Finały, tyle samo porażek. Potrzeba mężczyzny o absolutnej sile mentalnej, aby przejść na tym do porządku dziennego i wciąż robić swoje. Tony Popovic to australijska wersja Jurgena Klopp pod względem wyślizgiwania się tryumfu na ostatniej prostej.

VAR znów osobnym graczem na boisku
dsdgsg.jpg

Rok temu jedyna bramka w Wielkim Finale padła w momencie, gdy sędziowie VAR stracili łączność z kamerami na boisku. W tym roku stanowisko sędziów było oddalone od stadionu o 4000 kilometrów. To jakby mecz grać w Londynie, a wóz VAR zaparkować w Stambule. W 28 minucie piłka znalazła się w siatce Reddy’ego po samobójczym trafieniu Spiranovicia, jednak moment później podniosła się chorągiewka sędziego liniowego. Kontrowersji nie wyjaśniły do końca stopklatki z VAR. W zależności od czasu ich zatrzymania pozycja spalonego wiązała się z milimetrami odstępu od nałożonej żółtej linii.

Robert Sibiga, etatowy sędzia w MLS, włączył się w dyskusję na Twitterze:
Każda bramka jest sprawdzana przez VAR, ta, mimo że nie uznana, też. VAR sprawdza, czy decyzja na boisku (tutaj spalony) jest w oczywisty sposób błędna. Tutaj nie była, wiec VAR nie mógł jej zmienić. Gdyby na boisku dano gola, to VAR by go potwierdził jako prawidłowy. Obecny protokół nakazuje sedziom na boisku podjąć decyzje, a wtedy VAR sprawdza czy jest ona w oczywisty sposób błędna. Osobiście wolałbym, aby przy takich bramkach liniowy mógł jedynie poinformować VAR przez radio ze mógł być spalony, a VAR podejmowałby ostateczną decyzję.

Karne nie są loterią

Nie ma powszechniejszego stereotypu o piłce, niż ten, że jedenastki do loteria. Perth w półfinale z Adelajdą wyreżyserowało jedną z najbardziej pamiętnych serii rzutów karnych w historii A-League. 8 kolejek. Bramkarze wyjęli 7 jedenastek (aż 5 z rzędu). Nie może dziwić, że ekipa Tony’ego Popovicia, zahartowana spektaklem z poprzedniej rundy, w drodze do jedenastego metra nie potrzebowała psychologicznych gierek. Nie była jednak gotowa na Andrew Redmayne’a.

Golkiper Sky Blues w trakcie sezonu obronił najwięcej rzutów karnych wśród obsady bramkarskiej. Swoją autorską wersję pajacyków a’la „Dudek Dance” szlifował nawet na zdobywcy Złotego Buta, któremu nie pozwolił na dopisanie kolejnego trafienia. Tym razem trafiło na Andy’ego Keogha. Postawa Redmayne’a to popis samego zawodnika i sztabu. W pomeczowym wywiadzie Corica ujawnił, że oczekiwano próby wykonania „Panenki” przez Brendona Santalaba. To nie szczęście w loterii sprawiło, że Redmayne pozostał w miejscu i bez problemu złapał lekki strzał. Dla doświadczonego „Santy” był to ostatni strzał w karierze, której koniec ogłosił jeszcze przed rundą finałową.

Tomasz Mielczarek http://socceroos.pl/
@tom_mielczarek 

 

Konrad Frąc http://socceroos.pl/  o Sydney FC w wersji 2018/2019
@PolskiWanderer

11128744-16x9-700x394.jpg

Sydney FC przyzwyczaili swoich kibiców w ostatnich latach do bezwzględnej dominacji na własnym podwórku. Gdyby nie zeszłoroczny półfinał, to można by powiedzieć, że ogrywali wszystkich od początku do samego końca. Po zmianie na stanowisku trenera, gdzie pojawił się dotychczasowy asystent, Steven Corica, drużyna nieco gorzej weszła w sezon. Wielu fanów Sky Blues po kilku kolejkach zaczęło stawiać krzyżyk na nowym szkoleniowcu, lecz ten z meczu na mecz coraz dokładniej łatał dziury swojej układanki.

I tak SFC uformowali blok defensywny, którego nie mogły sforsować najlepsze ligowe ofensywy: Phoenix, Victory oraz przede wszystkim Perth. I to właśnie w szeregach linii obrony trzeba by szukać bohaterów tego sezonu. Atak miewał problemy i niech nie zwiodą nikogo liczby Adama Le Fondre, to obrona kreowała grę do przodu. Niesamowity był przede wszystkim Rhyan Grant, którego powiewająca na wietrze fryzura na tzw. “czeskiego piłkarza” wielu bocznym obrońcom rywali do końca życia będzie śnić się po nocach. Facet był dosłownie wszędzie, a ostatecznie wylądował nawet w reprezentacji. Po drugiej stronie kroku nie odstępował mu Michael Zullo. W środku wobec kontuzji Bena Warlanda oraz słabej formy Jopa van den Lindena swoją szansę dostali Aaron Calver oraz Jacob Tratt. Obaj dali SFC bezcenne punkty swoimi trafieniami.

Duży plus dla Coricy należy się za podtrzymanie, a nawet znaczną poprawę nastrojów wewnątrz drużyny. Dziennikarze przy opisywaniu codziennych treningów zespołu zaznaczali, iż cały skład trzyma się razem, a obcokrajowcy pasują do niego jeszcze lepiej, niż Jordy Buijs i Adrian Mierzejewski przed rokiem. Dobra atmosfera w klubie podbudowała z pewnością Andrew Redmayne’a, który zdołał pokonać depresję i uwierzył, dzięki kolegom oraz trenerom, a w szczególności bramkarskiemu, w swoje możliwości. W decydującym momencie stanął na wysokości zadania.

 

Azja Gola dziękuje za gościnny występ redaktorów z socceroos.pl pierwszego w Polsce portalu o Australijskiej piłce.