Remis 2:2 z Holandią nie dał Japonii trzech punktów, ale dał coś równie cennego – kolejne potwierdzenie, że drużyna Hajime Moriyasu należy dziś do ścisłej światowej czołówki.
Po końcowym gwizdku trudno było oprzeć się wrażeniu, że Holendrzy bardziej cieszą się z uratowanego punktu niż Japończycy. Jeszcze kilka lat temu taki scenariusz byłby nie do pomyślenia. Dziś jednak reprezentacja Japonii regularnie zmusza europejskie potęgi do maksymalnego wysiłku.
Dwie połowy, dwa zupełnie różne mecze
Pierwsza część spotkania rozczarowała niemal wszystkich obserwatorów. Holendrzy długo utrzymywali się przy piłce, ale robili to głównie w poprzek boiska. Virgil van Dijk notował kolejne kontakty z futbolówką, jednak Oranje nie potrafili przełożyć posiadania na realne zagrożenie pod bramką Ziona Suzukiego. Japonia z kolei sprawiała wrażenie zespołu, który bardziej obawia się popełnienia błędu niż chce wygrać mecz.
W drugiej połowie wszystko się zmieniło.
Tempo wzrosło, pojawiły się pojedynki jeden na jednego, a obie drużyny zaczęły grać zdecydowanie odważniej. To właśnie wtedy oglądaliśmy mundialowy hit, którego oczekiwaliśmy przed pierwszym gwizdkiem.
Taktyczna szachownica Moriyasu
Jednym z największych atutów obecnej Japonii jest elastyczność. W fazie budowania akcji Samurai Blue płynnie przechodzili między różnymi strukturami ustawienia. Raz rozpoczynali rozegranie w układzie przypominającym 3-2, by po chwili przejść do wariantu 3-1-6, w którym Daichi Kamada schodził głębiej, a skrzydłowi oraz wahadłowi zajmowali wyższe pozycje.
Holendrzy byli na to przygotowani. Ronald Koeman ustawił swój zespół tak, aby zagęścić środek pola i odciąć Japończyków od podań między liniami. Oranje często bronili w ustawieniu przypominającym 5-4-1, z Frenkiem de Jongiem schodzącym do linii defensywy. Dzięki temu skutecznie ograniczali przestrzenie, które zwykle wykorzystują Takefusa Kubo czy Daichi Kamada.
Mimo to Japonia stopniowo znajdowała rozwiązania. Coraz częściej przeciążała boki boiska, wysyłała większą liczbę zawodników w pole karne i zmuszała Holendrów do cofania się pod własną bramkę.
Kubo potrzebował jednego impulsu
Przez pierwsze 45 minut Takefusa Kubo był praktycznie niewidoczny. Holendrzy skutecznie odcinali go od gry, a Japończycy rzadko potrafili dostarczyć mu piłkę w dogodnych sektorach.
Po przerwie gwiazda Realu Sociedad zaczęła jednak częściej schodzić do środka pola. Efekt był natychmiastowy. Japonia odzyskała płynność, a Kubo stał się głównym kreatorem akcji ofensywnych. To właśnie jego aktywność doprowadziła do pierwszego gola dla Samurai Blue.
Eksperci zgodnie podkreślali po meczu, że kiedy Kubo zaczyna otrzymywać piłkę między liniami, Japonia momentalnie staje się znacznie groźniejsza.
Gdy Holandia objęła prowadzenie, odpowiedź Japonii nadeszła z najmniej oczywistego miejsca. Keito Nakamura, zawodnik występujący na co dzień w Ligue 2, przypomniał całej piłkarskiej Europie, że poziom rozgrywek nie zawsze odzwierciedla poziom piłkarza. Po podaniu Kubo zachował spokój, znalazł sobie przestrzeń i fantastycznym strzałem przywrócił Samurai Blue do gry. To był gol godny największej sceny mundialu.
Holenderskie gwiazdy błysnęły, ale nie wystarczyło
Holandia objęła prowadzenie po kapitalnym uderzeniu głową Virgila van Dijka. Kapitan Oranje pokazał wszystkie swoje największe atuty w grze powietrznej, choć jednocześnie po raz kolejny pojawiły się pytania o jego szybkość i koncentrację w pojedynkach obronnych.
Drugiego gola zdobył Crysencio Summerville po efektownej indywidualnej akcji. Była to jedna z niewielu sytuacji, gdy Holendrzy rzeczywiście wykorzystali swoją przewagę techniczną i przestrzeń stworzoną między liniami japońskiej defensywy.
Problem Oranje polegał jednak na tym, że przez zbyt dużą część meczu grali zachowawczo. Wielu komentatorów zwracało uwagę, że przy takiej jakości piłkarzy Holendrzy powinni częściej przyspieszać grę i podejmować ryzyko, zamiast ograniczać się do bezpiecznych podań między obrońcami.
Ogawa i kolejny dowód charakteru
Najbardziej symboliczny moment spotkania przyszedł w końcówce.
Gdy wydawało się, że Holandia dowiezie zwycięstwo, Japonia doprowadziła do remisu po rzucie rożnym. Bohaterem został Koki Ogawa, który pokonał holenderską defensywę właśnie tym elementem, który teoretycznie miał być największą przewagą Oranje – grą w powietrzu.
To był gol wyjątkowo wymowny.
Japonia od lat słyszy, że brakuje jej fizyczności, siły i warunków do rywalizacji z europejskimi gigantami. Tymczasem wyrównującą bramkę zdobyła właśnie po pojedynku główkowym przeciwko jednej z najwyższych i najbardziej doświadczonych defensyw świata.
Dodatkowym problemem dla Japonii była kontuzja Takefusy Kubo.
Japonia coraz bliżej wielkiego przełomu
Po meczu eksperci byli zgodni w jednej kwestii – Japonia jest drużyną, którą bardzo trudno pokonać. Wielu z nich nadal uważa, że Holandia ma większy potencjał, aby zajść dalej w turnieju, ale jednocześnie podkreślali, że Samurai Blue nie wyglądają już jak zespół szukający szczęścia w kontratakach. To drużyna świadoma własnej jakości, potrafiąca dostosowywać taktykę do przeciwnika i odpowiadać na każdy boiskowy problem.
Największym zwycięstwem Japonii nie był nawet sam punkt.
Było nim kolejne potwierdzenie, że gdy naprzeciw stają europejskie potęgi, piłkarze Hajime Moriyasu nie wychodzą już na boisko z myślą o przetrwaniu. Wychodzą z przekonaniem, że mogą wygrać.
I właśnie dlatego coraz więcej osób zaczyna traktować Japonię nie jako sympatycznego outsidera, lecz jako realnego kandydata do sprawienia największej sensacji mundialu.
