Turniej Klubowych Mistrzostw Świata 2025 dla azjatyckich klubów miał być okazją do pokazania, że piłka na tym kontynencie dojrzewa i nie musi już być tylko tłem dla potęg z Europy i Ameryki Południowej. Miał być dowodem na to, że Azja, z jej zróżnicowaną geografią futbolową – od zorganizowanej Japonii i Korei, po rosnącą w siłę Arabię Saudyjską i Zjednoczone Emiraty Arabskie – ma coś do powiedzenia na światowej scenie.
Zamiast tego – otrzymaliśmy trzy brutalne lekcje i jeden powód do dumy. Japonia i Korea rozpadły się pod ciężarem rywali. Kluby arabskie, szczególnie Al-Hilal, uratowały wizerunek kontynentu. Oto obraz azjatyckiego futbolu po trzeciej kolejce – pełen kontrastów, emocji i znaków zapytania.
Urawa Red Diamonds – piękna gra, bolesny koniec
Dla japońskiej Urawy ten turniej miał być wyjściem z cienia. Zespół Macieja Skorży w meczach z River Plate i Interem Mediolan grał jak równy z równym. Pokazywali fragmenty piłki na naprawdę wysokim poziomie – mądre ustawienie, zaangażowanie, pressing. A jednak skończyło się katastrofą. W decydującym spotkaniu zostali rozbici 0:4, a symbolem tej klęski stał się Shusaku Nishikawa.
Legendarny bramkarz, który zagrał łącznie 11 meczów w historii Klubowych Mistrzostw Świata, żegnał się z turniejem w sposób, który przypominał tragiczne pożegnanie Pepe Reiny – z czerwoną kartką, niechciany, przegrany. Dwie z czterech bramek można było obronić. Może zawiodło słońce, może refleks, może psychika. Faktem jest, że zakończył swoją drogę w sposób niegodny legendy.
Urawa nie zdobyła nawet punktu. Ale wciąż można dostrzec fundamenty. Skorża pokazał klasę taktyczną, drużyna jest w przebudowie, brakuje tylko kilku istotnych elementów – przede wszystkim skutecznego napastnika. Bez formy był Tiago Santana, a środek pola nie miał lidera. To jednak zespół, który przy odpowiednich wzmocnieniach może wrócić – i to silniejszy.
Ulsan Hyundai – koreański han, który boli
Dla Korei Południowej ten turniej był jeszcze bardziej bolesny. Ulsan Hyundai, z całą swoją ambicją, nie zdobył ani jednego punktu. A przecież z Mamelodi Sundowns i Fluminense byli blisko zwycięstw. Zabrakło skuteczności, zimnej głowy i… szczęścia. A w decydującym meczu z Borussią Dortmund zabrakło jeszcze więcej – lidera, światła, jakiejkolwiek nadziei.
Bez kontuzjowanego Um Won-sanga, najlepszego zawodnika zespołu, Ulsan nie miał siły ognia. Borussia pokazała różnicę klas – grała piłkę z innej galaktyki. Ulsan walczył – wślizgi, pressing, determinacja – ale wyglądało to jak desperacki pojedynek dziecka z czarnym pasem karate przeciwko zawodnikowi MMA. Wzruszające, ale bez szans.
Jedynym bohaterem, który wyszedł z tego meczu z tarczą, był Cho Hyun-woo. Bramkarz obronił 10 strzałów, z czego kilka było absolutnie niewiarygodnych. To był jego spektakl – samotna walka z niemiecką ofensywą, która skończyła się klęską, ale w pamięci zostanie jako akt odwagi.
Zawiódł trener Kim Pan Gon, który przejął klub po Hong Myung-boku i od razu obrał kurs na rozmontowanie dynastii. Zespół nie miał struktury, nie miał planu. Miłosz Trojak, nowy w ekipie, raz błyszczał, raz zawodził – jak cała drużyna. Ulsan nie powinien był reprezentować Korei na tym poziomie, ale z nowym trenerem i nowym podejściem jeszcze może wrócić.
Al-Ain – arabska duma pośród ruin
Po dwóch potężnych klęskach z Juventusem (0:5) i Manchesterem City (0:6), nikt nie spodziewał się, że Al-Ain FC w trzecim meczu pokaże cokolwiek więcej niż walkę o honor. A jednak – zagrali najlepsze zawody turnieju, pokonując Wydad Casablanca i zdobywając pierwsze trzy punkty dla Azji.
To było spotkanie pełne odwagi i jakości. Rahimi, Palacios, Kaku i Laba – wszyscy, którzy wcześniej zawodzili, błysnęli. Szczególnie Kaku, którego gol z dystansu był ozdobą meczu. Palacios zanotował znakomitą asystę, Laba wykorzystał karnego, a Traoré wykonał cichą, ale kluczową pracę w środku pola.
Nawet Rui Patricio, dotąd rozczarowujący, stanął na wysokości zadania. Al-Ain może nie zmazało kompromitacji, ale pokazało, że w rywalizacji z zespołami spoza absolutnego topu są realną siłą. To piąty zespół poprzednich rozgrywek ACL – a i tak pokazali więcej niż mistrzowie Japonii czy Korei.
Al-Hilal – jedyni, którzy nie zawiedli
Gdy kurz opadł, tylko jeden zespół z Azji mógł spojrzeć w lustro z dumą. Al-Hilal – wielki dominator saudyjskiego i azjatyckiego futbolu – jako jedyny przetrwał grupowe sito. Zremisowali z Realem Madryt, ograli Pachucę, a choć o mało co nie potknęli się na Red Bullu Salzburg, pokazali, że tytuł „królów Azji” nie został im nadany na wyrost.
Styl? Pragmatyczny. Momentami wręcz kunktatorski. Średnio 15 wykreowanych sytuacji na mecz, a tylko 3 gole – to liczby dalekie od ideału. Leonardo, jeszcze przed kluczowym starciem z Pachucą, miał XG na poziomie zaledwie 0,09. Ale w końcu trafił. I w tamtej chwili zrzucił z siebie ogromny ciężar. Jakby kamień spadł mu z serca. Odblokowany, gotowy, z inną pewnością siebie – właśnie taki Leonardo wyjdzie na mecz z Manchesterem City. Wciąż młody, bo 24-letni (ur. 28 września 2000 roku), wciąż głodny sukcesów, z ogniem w oczach. Wie, że jeszcze może przekonać europejskich skautów z topowych lig, że warto mu zaufać.
Wcześniej błyszczał Salem Al-Dawsari – zdobywca jednej z najpiękniejszych bramek turnieju. Niestety, jego kontuzja, podobnie jak brak Mitrovicia, to poważne osłabienia przed starciem z mistrzami Anglii.
Ale Al-Hilal ma w rękawie asa – Yassine Bono. Średnio 5 obron na mecz, obroniony karny Valverde – jego interwencje elektryzują trybuny i podcinają skrzydła rywalom. Jeżeli Bono przetrzyma początkowy napór City, z każdą kolejną minutą piłkarze Al-Hilal będą rośli w siłę. Zyskiwali wiarę. Na tej fali mogą wypłynąć takie nazwiska jak Malcom czy wspomniany Leonardo – zawodnicy, którzy wierzą, że jeszcze zagrają na największych piłkarskich scenach świata.
A przecież są tam też tacy jak João Cancelo, Rúben Neves czy Kalidou Koulibaly. Gwiazdy, które nie odeszły z Europy z powodu spadku formy, tylko z wyboru. Teraz chcą to udowodnić – że wciąż są w stanie rywalizować z najlepszymi. I że ich transfery do ligi saudyjskiej były ruchem strategicznym, nie aktem desperacji.
Niezależnie od tego, jak zakończy się starcie z City, Al-Hilal już zapisało się w pamięci kibiców. Zostawiło po sobie ślad i wysłało światu jasny sygnał: Azja, jeśli tylko odpowiednio pokierowana, może być realnym graczem na globalnej piłkarskiej scenie. I wróci do Rijadu z głową uniesioną wysoko.
@dazn_be 🇸🇦 | Salem Al-Dawsari opens the scoring with a stunning lob. 🤩©️ #FIFACWC #alhilal #saoudiarabia #aldawsari #goal #gol #golazo @نادي الهلال السعودي | Al Hilal
Azja 2025 – jeden kontynent, cztery twarze
Ten turniej pokazał cztery zupełnie różne oblicza azjatyckiej piłki. Urawa – piękna, ale słaba. Ulsan – heroiczna, ale zagubiona. Al-Ain – chaotyczna, ale pełna serca. Al-Hilal – dojrzała, gotowa na wielkie mecze.
Czy Azja była gotowa na ten turniej? Nie. Czy się czegoś nauczyła? Miejmy nadzieję. Bo jeśli ten turniej coś udowodnił, to to, że potencjał istnieje – tylko trzeba go mądrze prowadzić.
Jak mówi stare koreańskie przysłowie:
„Jeśli nie zapłaczesz teraz, później będziesz płakać krwawymi łzami.”
Pora na refleksję. I na przygotowanie lepszej wersji siebie w przyszłym roku.
Autor tekstu:
Adam Błoński
