Porażka w kiepskim stylu z Jordanią dała do ręki kolejny argument krytykom naturalizacji piłkarzy na potrzeby reprezentacji Malezji. Jeszcze przed turniejem legendy malezyjskiej piłki twierdziły, że „farbowane lisy” niczego nie wniosły, a rząd i federacja powinny skupić się na rozwoju krajowych zawodników.
Lim Fung Kee, James Wong i C Nadarajan cieszą się sporym autorytetem w Malezji. Dwóm pierwszym udało się nawet awansować z kadrą na igrzyska olimpijskie, chociaż wystąpił na nich tylko Lim, bo z powodów politycznych drużyna z Wongiem w składzie nie pojechała w 1980 roku do Moskwy. Wszyscy trzej nie mają wątpliwości, że polityka naturalizowania zawodników już dawno zakończyła się fiaskiem. Co prawda reprezentacja po 16 latach przerwy awansowała na Puchar Azji, ale federacja namawiała zagranicznych piłkarzy do gry w barwach „Tygrysów” z myślą o awansie na mistrzostwa świata w Katarze. To jak doskonale wiemy nie nastąpiło.
Łącznie w ciągu niecałej dekady naturalizowano 20 piłkarzy urodzonych poza granicami Malezji. W przypadku kilku z nich związki z krajem ograniczają się jedynie do występów w tamtejszej lidze. Dzięki temu wypełnili oni obowiązek zamieszkiwania w Malezji przez co najmniej pięciu lat, bo zgodnie z prawem cudzoziemcy muszą spełnić ten wymóg, aby móc otrzymać malezyjski paszport Inni otrzymali obywatelstwa z powodu swoich koligacji rodzinnych, bo ich matka lub babcia urodziły się na Półwyspie Malajskim albo przynajmniej z niego pochodziły.
W kadrze „Tygrysów” na Puchar Azji znalazło się łącznie 14 „farbowanych lisów”. Spośród wszystkich uczestników mistrzostw Malezja dzieli pod tym względem pozycję lidera wraz z Hongkongiem. Po 12 naturalizowanych zawodników mają Liban i Katar, a reprezentacja Palestyny przyjechała do Kataru z 11 piłkarzami urodzonymi poza jej granicami.
W pierwszej serii spotkań spośród wymienionych drużyn zwycięstwo odniósł jedynie Katar. Nie jest to więc najlepsza reklama praktyk, które według ich krytyków są zwyczajnym pójściem na skróty. Najbardziej znany malezyjski agent piłkarski Effendi Jagan Abdullah uważa, że w chwili obecnej z powodu ogromnych możliwości finansowych na naturalizowanie rzeczywiście wartościowych piłkarzy stać tylko Katar i Zjednoczone Emiraty Arabskie. W wypadku innych reprezentacji w grę wchodzi nadawanie paszportów tylko przeciętnym zawodnikom dobiegającym 30-tki, co jest rozwiązaniem na krótką metę. Pokazał to przykład Singapuru, który krótkoterminowo zyskał na tym na początku obecnego stulecia, a teraz ponownie znajduje się na marginesie azjatyckiego futbolu.
W dyskusji na temat zagranicznych piłkarzy z malezyjskim obywatelstwem pojawiają się także inne wątpliwości. Najczęściej przewija się pytanie, czy po zakończeniu kariery piłkarskiej w ogóle pozostaną w Malezji. Można bowiem przypuszczać, że większość z nich postanowi jednak wrócić do Europy, Australii czy Ameryki Południowej. W ten sposób do rozwoju zniechęca się piłkarzy urodzonych w Malezji i w pełni się z nią identyfikujących, bo ich potencjalne miejsce w kadrze zawsze mogą zająć zawodnicy wyszukani przez federację poza granicami kraju.
Od początku niejasne były zresztą kryteria ich wyboru. W malezyjskich mediach najwięcej kontrowersji wzbudzały zwłaszcza powołania dla brazylijskiego napastnika Guilherme de Paula i kosowskiego pomocnika Liridona Krasniqia. Przygoda obu piłkarzy z kadrą Malezji trwała wprawdzie krótko i zakończyła się prawie dwa lata temu, ale poza krótkotrwałymi przebłyskami (Brazylijczyk został królem strzelców) nie należeli oni do zawodników szczególnie wyróżniających się w Liga Super Malaysia.
Wspomniane legendy malezyjskiej piłki nie mają wątpliwości, że rząd w Kuala Lumpur powinien poświęcić więcej uwagi rozwojowi krajowego systemu szkolenia. Pod tym względem Malezja została już dawno wyprzedzona przez Wietnam i Tajlandię, a do Japonii czy Korei Południowej nie ma nawet sensu jej porównywać. Lim z tego powodu oczekuje od federacji pozyskania nie zagranicznych piłkarzy, ale trenerów dobrze znających się na piłce nożnej.
Oczywiście nie wszyscy są krytykami występów „farbowanych lisów” w malezyjskiej kadrze, chociaż nawet ich zwolennicy zwracają uwagę na zaburzone proporcje w obecnej drużynie. Zmarły w ubiegłym roku trener B. Sathianathan, prowadzący kadrę w latach 2007-2008, uznawał stosowanie takich rozwiązań za w pełni zrozumiałe w kontekście charakteru pracy selekcjonerów. Twierdził więc, że szkoleniowcy podpisujący na ogół dwuletnie kontrakty nie mają czasu czekać na pojawienie się krajowych zawodników o odpowiednim poziomie, dlatego rozglądają się za innymi możliwościami.
Po niepowodzeniu misji awansu na Mundial w Katarze malezyjska federacja zawiesiła program naturalizacji obcokrajowców, natomiast wciąż odpowiednie wnioski do władz mogą wysyłać kluby i stany. Drzwi do kadry dla takich piłkarzy wciąż są więc otwarte. Odpadnięcie „Tygrysów” już w fazie grupowej Pucharu Azji może, choć nie musi, ostatecznie pogrzebać podobne pomysły. Zawsze kozłem ofiarnym może przecież zostać selekcjoner Kim Pan-gon, który w spotkaniu z Jordanią postawił na najgorszą możliwą taktykę, polegającą na posyłaniu górnych piłek przy wyraźnej przewadze fizycznej przeciwnika. Jak widać nawet w tym elemencie nadanie obywatelstwa piłkarzom urodzonym za granicą niewiele zmieniło.
Autor tekstu: Maurycy Mietelski
